3. Święty z Gubbio

Alfa szedł powoli, pozwalając, by ciepły, wieczorny wiatr mierzwił mu sierść. To był gorący dzień, a temperaturę podnosił jeszcze nieustanny ciąg obowiązków. Pod tym nielitościwie grzejącym słońcem nawet najmniejszy ruch staje wydaje się męczący, a tym bardziej dla wilków, przyzwyczajonych do chłodnego cienia lasu. W tym nieoczekiwanym, letnim skwarze Alfa musiał krzątać się cały dzień, doglądając aktywności stada. Hamował zapał grupy młodych, którzy zbytnio zbliżyli się do siedzib ludzi, nadzorował grupę wilczyc, wyruszających by zdobyć pożywienie dla całego stada, czuwał nad nowymi zadaniami poza lasem, które wzbudzały, tyle sensacji, ciekawości i konsternacji wśród mieszkańcami tych delirycznych, śmierdzących aglomeracji, którzy stracili już autentyczny, cudownie dziki i pogodny, sens Życia.

O zmierzchu Alfa poprowadził swoje stado w górę zboczy, ku wzgórzom, na polanę gładzoną wiatrem – tam wszyscy będą mogli się spotkać, odpocząć trochę w chłodzie, a przede wszystkim pobyć z dala od ogłuszającego hałasu i chaosu współczesności. Bryza zdawała się nieść nieznany zapach dalekich ziem, odległych kwiatów i wonności. Alfa przymknął na chwilę powieki, widząc oczyma wyobraźni wspaniałe, falujące pola pszenicy, okryte barwnym kwieciem żywopłoty, uporządkowane rzędy winorośli… „Prawda, że ci z zewnątrz potrafią robić też piękne rzeczy z naturą – pomyślał. – Szkoda, że robią to tylko dla swojej korzyści, dla swojej wygody, dla swojego pożywienia, choćby ze szkodą dla tych, którzy ich otaczają. A przecież nie powinno być tak trudno zachować równowagę. Oni mają tak wiele, a nam potrzeba tak mało…”.

Jego myśli przerwał nagłe piski, powarkiwania i skomlenia. Grupka szczeniaków, wykorzystując nieuwagę matek i starszych członków stada, zajętych dzieleniem pożywienia, wszczęła bójkę, wcale nie na żarty. Nie należało do Alfy interweniowanie w te małe kłótnie, które pozwalały szczeniakom uczyć się dozować swoją siłę, oceniać pozycję w hierarchii i wypróbowywać postawy wyrażające agresję albo podporządkowanie. Zająć się tym mogła jedna z matek albo ktoś ze starszyzny stada. I rzeczywiście, zobaczył jak mądry Tau – najwyraźniej mniej niż inni zainteresowany jedzeniem – zrobił dwa kroki w kierunku wściekłego kłębowiska. Wystarczyło jedno uderzenie pyskiem w głowę pierwszego szczeniaka, który się trafił, i warknięcie z odsłoniętymi zębami, by maluchy się uspokoiły. Tau spojrzał na nie marszcząc brwi, a one natychmiast poczuły się głupiutkie. Żadne słowa nie były potrzebne – autorytet Tau, wynikający z jego starszeństwa oraz miejsca w hierarchii wystarczyłby, by uciszyć każdego. Jednak spojrzenie mędrca nie było wcale tak surowe wobec szczeniaków, teraz bardzo skruszonych. Jeden z nich, przyjmując postawę bardzo uniżoną, podniósł oczy na Tau i starał się wyjaśnić:
- Oni nie wierzą, że jakiś wilk może żyć z tymi z zewnątrz…
Alfa nadstawił uszy i zaczął słuchać uważnie. Ten, który się odezwał to Xi, a teraz pozostali dwaj – Ni i Pi – podekscytowani, zaczęli chaotycznie wykrzykiwać swoją wersję wydarzeń. Tau podniósł głos i natychmiast zapadło znów milczenie.
- To, o czym mówi Xi to na pewno historia „Świętego z Gubbio”. Ty może już ją słyszałeś od swojego ojca, ale inni nie mogą jej znać. Teraz idźcie zjeść, a potem czekam na was pod tym starym dębem.

Posiłek przebiegł w atmosferze radosnego oczekiwania, przynajmniej jeśli chodzi o szczeniaki, które z niecierpliwością czekały na opowieść Tau. Od kiedy wyszli z lasu rzadko już zdarzało się, by mądry Tau opowiadał historie z przeszłości, anegdoty i legendy z wilczej epopei. Zbyt wiele zajęć, obowiązków, powinności zajmowało codziennie stado, zbyt wiele problemów, pytań i projektów zaprzątało umysł Alfy i jego głównych pomocników. Z tego powodu czas przeznaczony na słuchanie historii był ograniczony do minimum i przełożony na jakiś deszczowy, zimowy wieczór. Wszyscy jednak wiedzieli o tym jak ważne – i jak piękne – jest spotkanie się razem by słuchać mądrego Tau, który przywoływał wydarzenia i postacie z przeszłości czasem bardzo odległej, a czasem znacznie bliższej.

Alfa nie musiał używać swojego autorytetu, by zebrać wokół starego dębu całe stado: w pierwszym rzędzie szczenięta, z boku młodzi (na jeden wieczór oderwani od ich wypraw i zalotów), w środku samice. Starsi nieco na uboczu. Alfa, nie przypadkiem, usiadł koło Omikrona, jednego z założyciela stada i ojca małego Xi, który teraz usadowił się prosto przed Tauem, w nadziei na zwycięstwo nad innymi, wątpiącymi szczeniakami. I tak, w powszechnym milczeniu, gdy chmury na niebie odbijały resztki światła zachodzącego słońca, Tau rozpoczął swoją opowieść.

***
Wiele setek lat minęło od tamtego czasu… Nasi przodkowie, którzy żyli od niepamiętnych czasów w lasach Apeninów, byli coraz bardziej prześladowani i spychani w góry przez ludzi, którzy, tak jak dzisiaj, bali się ich i gardzili nimi z powodu ich wolnego i dzikiego życia. Jak wiecie ludzie nie szanują Natury, zwierzęta trzymają zamknięte albo uwiązane, żeby móc je wykorzystywać albo żywić się nimi i o nic innego nie dbają. Oprócz ludzi zagrożeniem dla wilków była zima surowsza niż zazwyczaj. Śnieg i mróz zabiły wielu, a stada rozproszyły się po górach w poszukiwaniu pożywienia i schronienia. W tej sytuacji jeden ze starych osobników o imieniu Frangis, pomyślał, że jedyną możliwą rzeczą do zrobienia w tej sytuacji było zejście w dół dolin, nawet jeśli żaden z pozostałych wilków nie śmiał zbliżyć się do okrutnych ludzi ze wsi.

Tak Frangis wyruszył sam. Przez całe dnie błądził po lasach, aż odnalazł ścieżkę prowadzącą na płaskowyż wznoszący się nad doliną. Pod jego nogami otworzyła się scena dla niego nieznana: miasto ludzi. Mury i ogrodzenia, dziesiątki i dziesiątki domów, niektóre z kamienia, wysokie i kwadratowe, oraz chaty z dachami pokrytymi słomą, z przestronnymi podwórkami, na których kłębiły się świnie i grzebały w ziemi kury, wraz z owcami a nawet cielętami…
„Jaki Bóg jest dobry… - pomyślał Frangis. – Ale ileż wideł, ostrych noży i zniewolonych psów przywiązanych do łańcuchów”.
Stary wilk cały dzień obserwował wszystkich tych ludzi, ścinających i tnących drzewa, orzących i zabijających ziemię, czerpiących wodę ze studni i strumieni. Frangis, jak my wszyscy teraz, dziwił się, jak to możliwe, że te istoty, które wydają się tak delikatne, ponieważ poruszają się na dwóch nogach odsłaniając wrażliwy brzuch, są tak potwornie okrutne i brutalne. Widział, jak zabijają i jak obdzierają ze skóry, jak zarzynają i patroszą śmiejąc się przy tym w głos. Najwyraźniej nie zabijali z głodu, ale dla zabawy. Potem dzielili mięso i składowali je, zbierali nawet krew zabitych zwierząt, ale łaszącym się, wdzięcznym psom rzucali tylko gołe kości.

Frangis nie pojmował tej całej rzezi, tej przesadnej obfitości. Jemu, który nie jadł od tylu dni, wystarczyłaby jedna kura. Zdecydował się więc wezwać swoje stare stado albo jakiegokolwiek innego wilka, który by się znalazł w tych okolicach, by zorganizować polowanie. Tej nocy jego mocne, przeciągłe wycie, wzniosło się wysoko.
Wilki go nie usłyszały, lecz mieszkańcy miasta tak… i przerazili się!
Dzień później dziesiątki ludzi porzuciło swoje zajęcia. Ruszyli oni w grupach w stronę lesistych wzgórz, uzbrojeni w kije, widły i kosy, zabierając ze sobą również psy. Wyskoczyły z wielu stron, krzycząc i uderzając w ziemię, raczej by dodać sobie odwagi niż by przepędzić wilka, który dobrze ich widział i mógł ich łatwo uniknąć.
Frangis nawet nieźle by się bawił, gdyby nie to, że był coraz bardziej oszalały z głodu. Pewnie, że psy mogłyby łatwo znaleźć jego ślady ale ludzie trzymali je krótko uwiązane i nie rozumieli znaczenia ich wściekłego ujadania. Gdy nadszedł wieczór ludzie, zmęczeni i milczący, powrócili do miasta.

Frangis postanowił ostrożnie ich śledzić. Gdy podzielili się by wejść do domów, on czekał już przyczajony w pewnym rowie, o kilkadziesiąt metrów od pierwszego ogrodzenia. Pies zaczął ujadać, ale pan, zmęczony i arogancki, uciszył go kopami i mocno przywiązał go do budy. Załatwione! Parę minut oczekiwania, dwa skoki, bez płoszenia kur… A potem szybki bieg w stronę lasu, z krzyczącym ze strachu człowiekiem za plecami.
Frangis zatrzymał się na płaskowyżu i pożarł kurę, którą trzymał między zębami i raz jeszcze wzniósł do nieba swój głos by zawiadomić swoich braci, że tu jest jedzenie, że tu można przeżyć. „Kradzież” kury i to wycie, które ludzie jeszcze dzisiaj określają jako „mrożące krew w żyłach” spowodowały jeszcze większy strach we wiosce. Jak w jakimś szalonym rytuale coraz więcej ludzi w dzień, lecz teraz także w nocy, z pochodniami w dłoniach ruszało na polowanie na wilki.

Inną rzeczą, która zawsze dziwiła nas wilki, jest zdolność ludzi do władania ogniem, do trzymania go w domach i noszenia w rękach. Dla nas ogień, tak samo jak ziemia, powietrze i woda, jest świętym żywiołem, który nie może być wytworzony, ujarzmiony czy kontrolowany. Człowiek, natomiast to właśnie robi… i używa wszystkich żywiołów dla swoich celów, bez żadnego szacunku dla ich świętości.

Frangis tym razem musiał uciec daleko, ale potem wrócił i znał już zwyczaje ludzi oraz ich słabości. Znikały więc także kolejne kury i nawet jakaś owca skończyła w jego zębach. Pewnej nocy, gdy pewien nieprzywiązany pies zagrodził mu drogę i wywiązała się krótka walka, na której, oczywiście, to pies wyszedł gorzej.
To wszystko zmieniło strach w legendę, także dlatego że Frangis nie przestawał wyć w nocy, żeby obwieścić swoje sukcesy, rzucić wyzwanie ludziom i zachęcić inne wilki do naśladowania go. Teraz to była osobista wojna. Ludzie dwa razy zdołali okrążyć go i nawet zranić zaostrzonym patykiem rzuconym z daleka, który oni nazywali strzałą. Wzniesiono ogrodzenia, w nocy czuwały uzbrojone straże i płonęły ogniska... Frangis, ranny i znów głodny, był u kresu wytrzymałości, lecz nie chciał opuszczać tego miejsca, wciąż przekonany że gdyby jego stado chciało go w końcu posłuchać, byłoby w stanie wykarmić wszystkich, nawet nowe szczenięta.

Pewnego ranka niespodziewanie podniósł głowę, zbudzony cichym szelestem zbliżających się kroków. Jak to możliwe, że nie usłyszał, że zbliżają się ludzie? Ich krzyki, ujadanie psów i ciężkie kroki były słyszalne z bardzo daleka. Czyżby zmienili taktykę? Może próbowali go zaskoczyć, stosując jego własne metody. Zerwał się na równe nogi, strosząc sierść i stawiając uszy. Ilu ich było? Niewielu – odgłos kroków był bardzo cichy, lecz coraz bliższy. Mógł uciec, ale jedna rzecz go powstrzymywała: a jeśli to była zasadzka? A potem go zobaczył. Posuwał się powoli wzdłuż zbocza. To był jeden, jedyny człowiek i do tego najwyraźniej nieuzbrojony. Był też dziwny: nie nosił ciężkich butów, futer ani ciepłych szat. Jego stopy były bose a ciało okryte tylko prostą tkaniną z wora, przewiązanego w pasie sznurem.

Nagle człowiek, chudy i zmęczony, podniósł głowę i zobaczył go. Spojrzeli sobie w oczy. Przez chwilę, króciutki moment, Frangis odczuł, jak przebiega go dreszcz. Te oczy nie wyrażały nienawiści ani nawet strachu. Nie były ani wyzywające ani bojaźliwe, ani nawet nie wydawały się zaskoczone. Gdy człowiek znów zaczął wspinać się po zboczu stary wilk starał się opanować swoje uczucia. Wiedział, że jego wygląd nie jest piękny – wykończyły go miesiące głodu i ciężkiej wędrówki, tygodnie ucieczek i zasadzek, a teraz jeszcze ta rana… przeklęci myśliwi. Ten jednak nie był myśliwym, wydawał się łagodny jak baranek, ale nie tak przestraszony.

Człowiek był teraz o kilka kroków i Frangis napiął każdy mięsień i każdy nerw, gotów na ucieczkę, lecz przybysz zrobił nieoczekiwaną rzecz: zatrzymał się, ukląkł i oparł dłonie na ziemi, tak, że ich głowy były na tej samej wysokości i mogli sobie patrzeć głęboko w oczy. Frangis wiedział, że mógłby go dopaść jednym prostym i szybkim skokiem i zatopić zęby w miękkiej skórze odsłoniętej szyi… ale wilki nie zabijają, jeśli nic im nie grozi. Poza tym ten człowiek miał szczególną woń, której stary wilk nie potrafił określić, a w której dało się odczuć zapach mchu, lasu, żywicy i paproci. Zapachy jego dzieciństwa, zapachy uspokajające… i miał oczy jasne i czyste.

I nagle człowiek przemówił, prosto, cichym głosem i Frangis wyraźnie słyszał każde słowo wychodzące z jego ust. To co mówił nie miało nic wspólnego z krzykami, przekleństwami czy przerażonymi wrzaskami, jakie słyszał do tej pory.
- Bracie wilku, przyrzekam ci, że skłonię ludzi z tej okolicy, by żywili cię, dopóki żyć będziesz, tak że nie doznasz już głodu. Wiem bowiem, że skutkiem głodu popełniłeś zło wszelkie. Leczy wyświadczając ci tę łaskę, pragnę, bracie wilku, byś mi obiecał, że nie będziesz szkodził nigdy nikomu z ludzi ni zwierząt. Obiecujesz mi to? *
Żyć z ludźmi? Żyć z litości tych okrutnych istot? Jak psy na łańcuchach? Obiecać nie szkodzić zwierzętom nawet, żeby zaspokoić głód? Te nieprawdopodobne i nieznośne pytania rozbrzmiewały w głowie Frangisa, a człowiek wydawał się odczytywać i pojmować je. Smutnym spojrzeniem dał do zrozumienia wilkowi, że jego stado już nie istniało – prawie wszystkie szczenięta i starsze osobniki zginęły z zimna i wysiłku. Teraz jedyną jego nadzieją było życie w pokoju z ludźmi.
- Zawrę, bracie wilku, pokój między tobą a nimi i ani ludzie, ni psy nie będą cię już prześladować.
Ale czy będzie mógł żyć wolny, bez łańcuchów i więzów?
Bracie wilku, rozkazuję ci w imię Jezusa Chrystusa pójść teraz ze mną bez zwłoki.

I tak się stało. Człowiek wstał i powolnym krokiem skierował się w dół zbocza, a u jego boku posłusznie podążał wilk, który pierwszy raz naprawdę wydawał się stary i zmęczony. Gdy dotarli do skraju lasu ujrzeli ich mieszkańcy osady, którzy zaczęli gromadami wychodzić ze swoich domów. Wielu mężczyzn dzierżyło kije i broń wszelkiego rodzaju, lecz były tam także kobiety i dzieci. Gdy Frangis zobaczył ten tłum, zrozumiał, że popełnił błąd ufając temu odzianemu w wór nieznajomemu. I wtedy człowiek po raz pierwszy dotknął jego łba. To był lekki dotyk, delikatne muśnięcie, ale wystarczyło, by go uspokoić.
Frangis zatrzymał się, stojąc twardo na nogach, z głową dumnie wzniesioną. Jego oczy były czyste, wzrok pewny, niczego już się nie bał. Niech przeznaczenie się dopełni, aż do końca. Tymczasem zaniepokojony tłum zatrzymał się, by utrzymać dystans.
- Słuchajcie, bracia moi – powiedział silnym głosem człowiek. – Brat wilk, który tu stoi przed wami, obiecał mi i poręczył, że zawrze pokój z wami i nie ukrzywdzi was nigdy w niczym, a wy obiecajcie mu dawać co dzień, co konieczne; a ja zaręczam za niego, że przestrzegać będzie ściśle umówionego pokoju.
Po tych słowach zaległa pełna napięcia cisza. Nikt nie śmiał poruszyć się ani odetchnąć – „bestia” wciąż jeszcze wzbudzała strach. Mijały długie sekundy… Nagle, wymykając się zza spódnicy matki, mała dziewczynka ruszyła w kierunku tych dwóch. Dłoń mamy nie zdążyła jej zatrzymać i na swoich bosych nóżkach pobiegła do wilka. Była tak malutka, że mogła patrzeć mu prosto w oczy. Frangis po raz kolejny zdziwił się widząc czułość i piękno w spojrzeniu jednego z tych istot zwykle tak okrutnych. Dziewczynka wyciągnęła rączkę. a on, pod wpływem impulsu, którego sam nie umiał wyjaśnić i który nie ma żadnego odpowiednika w naszym instynkcie, podniósł łapę i delikatnie położył ją na dłoni dziecka. Wtedy cały tłum zaczął krzyczeć i płakać, wielu upadło na kolana ze złączonymi rękami, inni intonowali pieśni.

W tym ogólnym hałasie wzniósł się potężny głos człowieka, który go prowadził:
- Nie paszczy małego zwierzęcia musicie się obawiać, lecz grzechów waszych! Powróćcie więc, najdrożsi, do Boga i czyńcie winną pokutę za wasze grzechy, a Bóg was uwolni od wilka w tym życiu, a w przyszłym od ognia piekielnego!
I tak się stało. Wszyscy powrócili do swoich domów w tej osadzie, która, jak się dowiedział potem Frangis, nazywała się Gubbio. Dowiedział się też, że człowiek, który go uratował, był nazywany przez wszystkich Świętym. Stary wilk żył jeszcze dwa lata chadzając poufale po domach od drzwi do drzwi, nie czyniąc zła nikomu i nie doznając go od nikogo. A ludzie żywili go uprzejmie. Kiedy tak chadzał po okolicy i po domach, nigdy pies żaden za nim nie szczeknął. W końcu, po dwóch latach, brat wilk umarł ze staroci, nad czym mieszczanie ubolewali wielce, bowiem widząc go chodzącego tak łagodnie po mieście, pamiętali lepiej o cnocie i świętości Świętego.

***
Ciemność zapadła już pod wielkim dębem i nawet świerszcze nie śmiały zakłócać tego milczenia, które nastało po opowieści Tau. Żaden ze szczeniaków nie zasnął i teraz matki delikatnie popychały je w kierunku legowiska. Także młodzi i starsi rozchodzili się w milczeniu, gdy nagle rozległ się nieoczekiwany głos Alfy:
- To trudne, lecz trzeba wierzyć. Jeśli z góry pewnego dnia był posłany taki człowiek jak Święty Frangisa, to musimy uwierzyć że, może, wcześniej czy później, „ci z zewnątrz” będą mogli nas zrozumieć, przestać nas nienawidzić i bać się nas. Pewnie, ja też wiem, że od tamtych czasów do dzisiaj wielu innych ludzi zrobiło co w ich mocy, by nauki Świętego zostały zapomniane. A jednak nawet dzisiaj nie jest tak trudno znaleźć zdumienie czy nawet podziw w oczach niektórych z „tych z zewnątrz”. To dlatego także my, tak jak Frangis, wyszliśmy z lasu… bez pomocy Świętego, lecz z tym samym poczuciem zaufania, odwagi i zawierzenia.

Słowa rozpłynęły się, i każdy wilk udał się na spoczynek. Alfa pozostał sam z Omikronem i uśmiechniętym Tau.
- Widzicie – rzekł Tau – jaka jest siła opowiadania historii? Jak zaklęcie! One otwierają tą przestrzeń marzeń i nadziei, które codzienne życie łamie i ogranicza. Wystarczy jedna mała historia, by przedstawić ducha stada albo rodzinną sagę. Mity i legendy przekazują naukę, etykę i wychowanie z wrażliwością i uśmiechem. W magiczny sposób bajka łączy rzeczywiste wydarzenia z fantazją… albo na odwrót.
„Magia do opowiadania, magia do słuchania” – podsumował w myślach Omikron, myśląc z nieskrywaną dumą, że ten „magiczny” wieczór rozpoczął się dzięki jego małemu Xi, któremu, pewnego dnia, także on opowiedział historię Świętego z Gubbio.

Kiedy także dwaj przyjaciele się oddalili, Alfa pozwolił by jeszcze przez chwilę bryza pieściła jego sierść. To była piękna noc, pełna gwiazd, i Alfa lubił myśleć, że każda z nich to fragment duszy, historia, która ma wiele innych historii do opowiedzenia. Nigdy, tak jak w tych momentach nie przygotowanych i nieprzewidzianych przez uczucie znacznie głębsze i bardziej prawdziwe, niż przez jakąkolwiek dyscyplina czy prawo naturalne.
„Gdyby także ludzie umieli jeszcze opowiadać historie, sagi i opowieści… - pomyślał Alfa – Gdyby także oni opowiadali swoim szczeniętom bajki i legendy prawdopodobnie byłoby nam znacznie prościej spotkać się i porozumieć… Może przestaliby niszczyć Stworzenie i trzymać się mitu postępu i fałszywych obietnic nauki. Może posłuchaliby nas i wrócili do lasu. Może tym razem to my będziemy mogli ich poprowadzić, jak to zrobił Święty z Frangisem. Może…”.
Jego oczy w końcu się zamknęły, pozostawiając miejsce temu marzeniu.

Morał:
Za każdą historią jest jakaś nieznana prawda,
ta, której nikt nie mógł nigdy opowiedzieć.

* Wszystkie fragmenty zaznaczone kursywą pochodzą z Kwiatków św. Franciszka, rozdz. XXI.

Tematyka: