2. Linia zachodu

Alfa przeskoczył jednym susem ostatni skalny stopień i spojrzał na zachód. Doliny płonęły czerwonym światłem zachodzącego słońca. To był cudowny spektakl: niebo nad nim było jeszcze intensywnie błękitne lecz bliżej horyzontu przechodziło już w pomarańcz i czerwień naznaczoną lśniącymi smugami tam, gdzie ostatnie promienie słońca odbijały się w strzępkach chmur. Poniżej rozciągały się szczyty wzgórz, które ciemną linią oddzielały jaśniejące niebo od pogrążonej w mroku ziemi. Alfa przymknął oczy, zarówno żeby móc oglądać to światło wciąż jeszcze oślepiające jak i żeby lepiej wyryć w pamięci ten wspaniały widok. Gdy żyli „zamknięci” w lesie było znacznie trudniej ujrzeć tak piękne sceny - spod osłony wiekowych drzew rzadko można podziwiać niezmącony widok horyzontu. Tylko wychodząc z lasu i wspinając się na szczyty można podziwiać ten obraz który wypełnia oczy i serce poczuciem nieskończoności.

Po raz kolejny Alfa starał się nakreślić pierwszy bilans tego trudnego wyboru którego on i jego stado dokonali wychodząc z lasu by pokazać się temu światu, który zawsze bał się ich, nienawidził i marginalizował. Oczywiście, to nie było proste… Wiele drzwi jest nadal zamkniętych a na spotkaniach ludzi zawsze znajdzie się ktoś, kto krzyczy o zagrożeniu ze strony wilków, tych „pełnych przemocy, okrutnych i dzikich”… ot, tak, dla zasady, z przyzwyczajenia, z ideologicznego skrzywienia, nawet jeśli nigdy nie widział żadnego z tych młodych wilków o spojrzeniu pogodnym i wiernym. Rzecz jasna nikt im nie pomagał - nigdzie nie czekała ich pomocna dłoń ani nawet spojrzenie pozbawione podejrzeń… a jednak! A jednak oni byli tu, i byli widoczni wykonując swoje codzienne czynności w świetle słońca. To właśnie oni robili coś pożytecznego, pięknego i konkretnego dla tego podłego, wrogiego świata zaczynając od obrony słabszych, poniżanych i opuszczonych, zapomnianych z powodu egoizmu tych samych osób wciąż zamkniętych za żelaznymi drzwiami małoduszności i starych przesądów.

Mimo wszystko ten mur uprzedzeń, wrogości i ignorancji nie wpływał dobrze na serca jego wilków. Prawie każdego dnia Alfa zastanawiał się, jak długo jeszcze wytrzymają. Wiedział, że porusza się po cienkiej linie i zdawał sobie sprawę z ciągłego napięcia wśród jego towarzyszy. Byli oni z pewnością przekonani i cierpliwi, ale jeszcze nieprzyzwyczajeni do spotykania się z takim zakłamaniem i z pewnością niezamierzający zrezygnować ze swojej tożsamości, wolności, niezależności i dumy… Jak cienka była ta lina? Wystarczyłby jakiś stary myśliwy z chustką na szyi, który w imię „kultury i postępu” wymierzyłby swoją broń i swoją zawiść przeciw stadu, by wywołać lawinową reakcję. Co zrobiłby Alfa w takim przypadku? Nie mógłby „dać lekcji” staremu awanturnikowi nie wywołując reakcji społeczeństwa, lecz nie mógł także pozwolić by bezkarnie atakowano jego wilki. Nigdy nie nakazałby ucieczki z powodu tak żałosnej groźby, ale wiedział, że także milczenie zepchnęło by ich na margines. „Jeśli z góry wystawią nas na próbę - pomyślał - dadzą nam także możliwości, by stawić jej czoła i zwyciężyć”.

Alfa spoglądał na linię zachodu, a za nim rozpościerała się już ciemność. Niebo było teraz splotem wiązek światła w odcieniach fioletu i granatu z prześwitującym jeszcze gdzie niegdzie różem. Już nawet ostatnia część słonecznego dysku zniknęła za horyzontem, lecz siła jego blasku rzucała jeszcze na niebo wspaniałą poświatę. Alfa powoli rozejrzał się dokoła i spostrzegł, jakieś dwadzieścia metrów na prawo, imponującą postać innego wilka. Był to Lambda, najstarszy osobnik z jego obecnego stada. Także on stał wyprostowany na skale, ze spojrzeniem dumnie wzniesionym na zachód. Jego sierść, dłuższa, rzadsza i przyprószona bielą, właściwa dla starych wilków, była na piersi ciekawie oświetlone tymi ostatnimi, czerwonymi blaskami. Alfa nie znał Lambdy dobrze, ale znał jego historię, bez wątpienia niezwykłą, ponieważ nie dorastał on w jego stadzie, ale był do niego przyjęty dopiero przed paroma miesiącami. To rzecz rzadka w przypadku starego wilka, szczególnie takiego, który był kiedyś przywódcą własnego stada, a przede wszystkim był także (i, może, w głębi serca pozostał nadal) „samotnym wilkiem”.

***

Ci „z zewnątrz” mają romantyczną wizję „samotnego wilka”, lecz w rzeczywistości dla wilków ta sprawa wygląda zupełnie inaczej. Odczuwają one wielką potrzebę wspólnoty. Nie mogą żyć, pracować, rozmnażać się ani się żywić inaczej niż wewnątrz zorganizowanej i hierarchicznie kierowanej grupy, w której wszyscy mają określoną rolę i wspólny cel. Dla nich rodzina i stado są całym życiem i dla pomyślności grupy są gotowe poświęcić wszystko. Pożywienie zdobywa się polując wspólnie, a potem przywódca stada dzieli je według potrzeb. Szczeniaki są wychowywane i kształcone najpierw przez matki a potem przez pouczenia i przykład starszych. Każdy: samiec czy samica, młody czy stary, wnosi swój wkład i jest posłuszny bez narzekania . W przyrodzie nie istnieje postać „samotnego wilka”, poza dwoma przypadkami. Może się zdarzyć, że wilk zostanie wydalony ze stada z powodu jakiegoś poważnego uchybienia na szkodę wspólny. W takim przypadku jego los jest z góry określony: nie przyjmie go żadne inne stado, ani też nie zdoła wyżywić się sam. Można go wtedy usłyszeć jak wyje wzburzony przeciw gorzkiemu losowi, którego jednak nie jest ofiarą lecz jest za niego odpowiedzialny. Drugi przypadek dotyczy osobników starych lub chorych. Wśród wilków każda rana (fizyczna czy psychiczna) jest leczona z pomocą wszystkich i całe stado zawsze wspiera tego, kto ma kłopoty. Mimo wszystko jednak stado jest grupą w ciągłym ruchu i ten, kto nie umie dotrzymać mu kroku, szczególnie w momentach trudnych, staje się dla niego ciężarem. Czasem wręcz spowalnianie stada może wstawić je na niebezpieczeństwo. Z tego powodu każdy wilk zdaje sobie sprawę, że wcześniej czy później przyjdzie moment by się zatrzymać… To może się wydawać „bezlitosne” w oczach współczesnych, którzy odsunęli od siebie pojęcie śmierci i starzenia się zamykając je w „domach spokojnej starości”, lecz tylko miłość do życia usprawiedliwia brak strachu wobec śmierci. Kiedy jakiś wilk wie, że nie może się już na nic przydać stadu, zwalnia kroku… i zostaje sam w nocy. Nie prosząc o nic, nie odzywając się, poza wydaniem ostatniego krzyku: długiego, modulowanego, przenikniętego smutkiem… To jest „testament wilka”, ostatnia wiadomość jaką kieruje on do swojej grupy: „Idźcie. Idźcie beze mnie. Rozrastajcie się i opowiadajcie o moich dziełach. Ja będę żyć w was dzięki tym opowieściom…”

***

Alfa powoli zszedł ze szczytu i zbliżył się do starego Lambdy, który - mimo, że z pewnością widział go już od jakiegoś czasu - odwrócił się dopiero, gdy przywódca stada był o metr od niego. Dumny, surowy, całkowicie wierny Lambda nie tylko uznał autorytet Alfy lecz także należał do najbardziej przekonanych zwolenników wyjścia z lasu i, nawet ostatnio, interweniował ze swoim spokojnym autorytetem by uspokoić kilku młodych, niepokornych wilczków albo żeby pokazać jakieś ciekawostki kilku szczeniaczkom. Z drugiej strony, nie było czemu się dziwić, przynajmniej gdy znało się historię jego dawnego stada.

Kilka lat temu grupa Lambdy była wspólnotą młodą i zuchwałą i z tego powodu nawet źle widzianą przez inne wilki i inne stada. Lambda już wtedy zdecydował, by razem ze swoimi towarzyszami iść i pokazać się „poza” miejscami zamkniętymi i bezpiecznymi, na otwartą przestrzeń, by doprowadzić do tego że jego szczenięta mogłyby się bawić przed oczami czasem oburzonych a czasem zaskoczonych „tych z zewnątrz”. Wilki Lambdy zdawały się drwić z ważnych zdarzeń z ich wspólnej historii, które jednak znały lepiej niż wielu innych, i uczyniły blask słońca ich symbolem. Niestety, tak było krótko, bardzo krótko. Dopóki nie zostali zatruci!

Lambda nigdy się nie dowiedział, jaka to była trucizna, skąd pochodziła ani kto wlał ją do ich wody czy pożywienia; nie potrafił także określić momentu, kiedy to się stało. Z pewnością jednak był to jakiś przeklęty owoc tego świata „z zewnątrz”, tak silnego, tak okrutnego, tak nachalnego a jednocześnie tak kuszącego… dokładnie tak, jak ta trucizna niezauważalna a zabójcza, która weszła w ich żyły a potem zaatakowała umysły. Na początku nikt nie zdawał sobie z tego sprawy: najpierw zaczęła się szerzyć nerwowość, potem wzburzenie a w końcu bunt i zdrada. Wspólnota, która była radosna i zgodna podzieliła się, skłóciła się, a wręcz zaczęła się nienawidzić. Niektóre wilki, rozwścieczone, zaczęły się odsuwać, inne z własnej woli opuściły stado, chociaż wiedziały, że oznacza to dla nich śmierć.

Jednak trucizna była już także w żyłach Lambdy, który, oszalały, rozbijał głowy o pnie, wył w nocy by przywołać tych, którzy odeszli, lecz nie był w stanie nawet utrzymać tych kilku, którzy jeszcze oczekiwali czegoś od niego. Stado rozwiązało się w ciągu kilku dni. Trucizna płynęła w ciele każdego z wilków Lambdy – niektórzy przeżyli, ale o większości nigdy już nie słyszano. On sam błądził oszalały po lesie, tocząc pianę z pyska i słaniając się na nogach. Potem znalazł grotę (czy zagłębienie pod dużym korzeniem, nawet on nie pemiętał dobrze), gdzie położył się, by umrzeć. I rzeczywiście, jego serce się zatrzymało (może to właśnie był efekt działania trucizny…), lecz potem znów zaczęło bić i – prawie mimowolnie – Lambda wrócił do życia. Powoli, z niepokojem, zaczął poruszać się w lesie. Słyszał, a czasem widywał, inne stada, lecz nie śmiał się do nich zbytnio zbliżyć. Prawo natury stanowi, że stary i chory nie jest już więcej nikomu potrzebny.

Potem dowiedział się o stadzie Alfy i jego decyzji o wyjściu z lasu, by spotkać „tych na zewnątrz”, by odzyskać prymat natury nad postępem. Lambda chciał ich ostrzec, ale gdy zobaczył Alfę i jego młode wilki, tak śmiałe i pełne entuzjazmu, zrozumiał, że to, co było także jego snem czy intuicją, mogło się teraz spełnić. Nie wiedział jednak, ile trucizny jeszcze pozostało w jego żyłach. Czasem czuł, jak rośnie w nim wściekłość, wyrzuty sumienia czy żal, a wtedy Lambda usuwał się na obrzeża stada i wznosił oczy do nieba myśląc „Jeśli z góry dano mi przeżyć… jakiś powód musi być”. Łudził się, że może być jeszcze potrzebny, choćby tylko po to, by ostrzec innych, by nie spożywali zatrutych owoców zewnętrznego świata: egoizmu, indywidualizmu, ambicji, żądzy władzy, a wraz z nimi nałogów, luksusu, chciwości, gwaru, pobłażliwości wobec siebie samego… Trucizny. To wszystko trucizny, które mogą zabić te wolne i prostoduszne istoty, jakimi są wilki.

***

Teraz Alfa i Lambda siedzieli blisko siebie, i gdyby widział ich ktoś z „tych z zewnątrz”, byłby zafascynowany albo onieśmielony: wyprostowani na tej skale, w świetle zachodu, wydawali się lśniącymi gigantami otoczonymi cieniami nocy. Razem rzucili ostatnie spojrzenie na fioletowe chmury, a potem ruszyli szlakiem prowadzącym ku dolinom. Alfa zwrócił uwagę, że Lambda poruszał się powoli, w sposób prawie uroczysty. „Może – pomyślał – ukrywa tak trudności w chodzeniu”. Zastanawiał się też, czy tylko to pozostało z jego choroby, z tej nieznanej trucizny. Alfa wiedział dobrze, że w innych czasach i w innych okolicznościach Lambda nie znalazłby przyjęcia w swoim stadzie. Paradoksalnie, właśnie wyjście z lasu – które przecież prawie kosztowało go utratę życia – sprawiało, że teraz było możliwe, by ten stary wilk miał jeszcze rolę i funkcję.

Jak gdyby czytał w jego myślach, Lambda zaczął mówić. Wydawało się, że nie zwraca się wprost do Alfy, ale do siebie samego, do wiatru, który wznosił się z dolin, albo do ciemnego już nieba.
- Kto wie, dlaczego zachód słońca jest bardziej fascynujący, niż świt? Światło świtu jest zimne, przytłumione, niesie ze sobą niewyrażone oczekiwanie, prawie niepokój, wobec dnia, który nadejdzie. Natomiast zachód wydaje się chcieć pokazać wszystkie cudowne możliwości światła, odcienie najbardziej śmiałe i olśniewające. Słońce budzi się zmędzone, lecz przed ustąpieniem miejsca ciemności stacza swoją najpiękniejszą bitwę i zdaje się obiecywać nam, że kiedy powróci będzie jeszcze silniejsze… Trzeba rozumieć zachód. Trzeba go kochać. Nawet jeśli w ciągu dnia nigdy się o nim nie myśli. To nie jest moment smutny czy przygnębiający, przeciwnie – to czas największej jasności, moment najbardziej podniosły, właśnie kiedy zdaje się, że ciemności już zwyciężyły.

To przemówienie które nie wymagało odpowiedzi, i rzeczywiście, Alfa tylko popatrzył na oddalającego się powoli starego wilka. Pozwolił, by te słowa zapadły mu w serce, pewien, że zapuszczą tam korzenie. Zanim ruszył dalej swoją drogą odwrócił się jeszcze, by spojrzeć tam, gdzie zaszło słońce i popatrzyć w niebo, teraz przetkane gwiazdami. „Jeśli z góry pozwolili nam dotrzeć aż tutaj, wbrew wszelkiej logice i wszelkim oczekiwaniom… jakiś powód musi być. Teraz zrozumienie i działanie od nas zależy. Pewnie, jego doświadczenie byłoby cenne dla wszystkich. Kto wie, może otrzymamy z tego jakąś korzyść, przywracając także jemu to, co trucizna mu odebrała”. Z tą nadzieją, która stała się dla niego zobowiązaniem, oddalił się trochę bardziej ufny w przyszłość. Nowy dzień, który nadejdzie, przyniesie Słońce jeszcze silniejsze i bardziej niezwyciężone.

Morał: Noc nie jest straszna, jeśli w głębi serca żyje wciąż nadzieja.

Linia zachodu
Tematyka: