Wywiad z Guido Giraudo

Guido Giraudo - dziennikarz, pisarz, aktywista, legendarna postać włoskiej prawicy. W latach 70. członek zespołu muzycznego Amici del Vento, kierownik regionalny organizacji studenckiej FUAN, potem założyciel Stowarzyszenia Kulturalnego Lorien i autor książki o Sergio Ramellim.

Jak zostałeś prawicowym działaczem? Jakieś tradycje rodzinne?
Nie całkiem. Mój ojciec, urzędnik Kawalerii, był monarchistą. Jako taki 8 września 1943 r. pozostał wierny przysiędze wobec króla, mimo swojego przywiązania do faszyzmu. Został uwięziony przez Niemców i był przetrzymywany właśnie w Polsce. Od niego nauczyłem się życia z honorem i wiernością. Do prawicy neofaszystowskiej zbliżyłem się w liceum, w 1968 r. w reakcji na pierwsze zajęcia budynków, chaos, kłamstwa i przemoc, które towarzyszyły wszystkim działaniom lewicy. Miałem wtedy 15 lat, więc nie byłem jakimś wielkim “działaczem”, ale od tamtego czasu nigdy już nie opuściłem tego obszaru.

Studiowałeś i byłeś regionalnym kierownikiem FUAN-u w latach 70. Jak wyglądało w tych latach życie i działalność młodego prawicowca?
W Mediolanie zajmowanie się polityką było naprawdę niebezpieczne i prawie niemożliwe. Zapisałem się na Wydział Ekonomii i Handlu i, jadąc na drugi egzamin, zostałem zaatakowany prętami i obrzucony wielkimi śrubami, ale na szczęście nie zdążyłem wysiąść z samochodu i udało mi się uratować skórę. Po tym wydarzeniu zapisałem się na Uniwersytet Katolicki, który był rodzajem „azylu” dla studentów z prawicy. Tam przez 3 lata próbowałem wystawiać do samorządu antykomunistyczne listy, ale zawsze kończyło się na tym, że brałem ostre cięgi…

Także w „latach ołowiu” zaczęli grać Amici del Vento. Jak powstał ten zespół i jak wyglądała jego codzienna działalność? Jaka była Twoja rola w nim?
W 1975 r. należałem do FUAN-u (studenckiej organizacji MSI) i organizowałem mały kabaret w siedzibie ardytów (byłych żołnierzy). Tam poznałem Carlo Venturino, który grał na gitarze i tworzył ironiczne ballady. Dzięki niemu poznałem Koło Kulturalne „Alternativa Nazionale”, którym kierował dawny legionista rumuńskiej Żelaznej Gwardii, Niki Constantinescu. Zacząłem tam przychodzić - wtedy interesowałem się wszystkimi grupami, które nie były lewicowe, także liberalnymi, monarchistycznymi czy katolickimi. W 1976 r. Carlo pojechał śpiewać swoje piosenki do Turynu, a ja pojechałem wraz z nim. To był wielki sukces. Po powrocie, wraz z bratem Marco i dziewczyną Cristiną zdecydował się założyć “zespół”, dla którego jego mama wymyśliła nazwę “Amici del Vento”, i tak w środowisku zaczęły krążyć pierwsze nasze piosenki. Ja nie umiem ani śpiewać ani grać… dlatego byłem tylko konferansjerem, kabarecistą (w pierwszych latach) oraz organizatorem (miałem kontakty w całych Włoszech). To też było potrzebne!

Pamiętasz jakieś momenty szczególnie szczęśliwe, piękne czy zabawne w waszej działalności?
Setki. Byliśmy młodzi, więc wszystko było dla nas piękne i szczęśliwe, nawet niebezpieczeństwo, nawet trudności. Podczas długich podróży w samochodzie albo w pociągu, gdy jechaliśmy na występ, śmialiśmy się, śpiewaliśmy. Potem poznawało się nowych ludzi, mało się jadło i źle się spało! Ale to wszystko było piękne… Bo znaleźliśmy jakąś pozytywną formę działalności, potrzebną, lecz także przyjemną.

Mógłbyś opowiedzieć o którymś z tych szczęśliwych momentów?
Trudno wybrać jeden. Na pewno wyjazd do Hiszpanii i nasz występ przed trzema tysiącami osób, w największym teatrze w Madrycie, z tłumem krzyczących młodych ludzi na zewnątrz, którzy patrzyli na nas, jakbyśmy byli Beatelsami. Albo niekończące się żarty z jakiegoś mojego głupiego tekstu czy z jakiejś gafy Marco... Krótko mówiąc: dużo radości, mimo, że to był trudny i dramatyczny okres.

A czy były także jakieś niebezpieczne momenty w waszej działalności?
Każda działalność włoskiej skrajnej prawicy była, i jest nadal, niebezpieczna. Przed jednym z naszych koncertów w Mediolanie zostaliśmy zaatakowani koktajlami Mołotowa. Tego samego dnia siedziba Koła “Alternativa Nazionale” została zniszczona i podpalona. W Palermo podłożono bombę przed teatrem, w którym mieliśmy grać. W Monzy nasz koncert skończył się starciami z policją, i wieloma rannymi i zatrzymanymi.

Uczestniczyliście również w Obozach Hobbit?
W pierwszych dwóch. Pierwszy “Hobbit” to było odkrycie, nowość, epokowa zmiana. Wtedy tego nie wiedzieliśmy, lecz w tamtych dniach rodził się nowy język, nowa grafika i nowa muzyka - zjawiska, które naznaczyły młodzieżową prawicę aż do dzisiaj. Podczas drugiego miały już miejsce dyskusje wewnątrz partii między jedną a drugą frakcją, był więc mniej zgodny od pierwszego. Pojawiły się także pewne rozłamy, które osiągnęły swój najwyższy stopień na trzecim obozie. Z tym, że my na ten trzeci nie byliśmy nawet zaproszeni.

Działalność Amici del Vento kończy się w latach 80. wraz ze śmiercią Carlo. Opowiesz nam o waszym liderze?
W tych dniach, gdy mija 30. rocznica jego śmierci, wiele było o nim powiedziane i napisane. Mówienie dobrze o kimś, kogo już nie ma wydaje się zawsze pewnym banałem… ale Carlo był naprawdę wyjątkowy: prawdziwy przywódca, charyzmatyczny, odważny, zawsze w pierwszym szeregu, a jednocześnie zawsze radosny, pozytywny. Zawsze pomocny jako działacz, jako przyjaciel, jako lekarz. Wspaniała, “słoneczna” osoba - zawsze zdawał się wnosić światło, spokój, chęć do działania.

Jak wyglądał drugi okres waszej działalności?
Po śmierci Carlo jego brat Marco znalazł siłę żeby napisać 4 nowe piosenki… może najpiękniejsze ze wszystkich naszych, wśród nich właśnie “A Carlo” (“Dla Carlo”). W 1986 r., 3 lata po śmierci Carlo i 10 od powstania zespołu, odbył się pierwszy koncert. Potem, w 1993, zdecydowaliśmy o nagraniu kasety z nieopublikowanymi utworami Carlo i 4 nowymi napisanymi przez Marco. Potem Marco zaczął koncertować, ale nie zawsze zgadzaliśmy się co do sposobu działalności, więc się “rozstaliśmy”, by potem spotkać się znowu przy organizacji koncertu w 2003 r., na dwudziestolecie śmierci Carlo. Od tego momentu Marco przestał też występować. Byliśmy jednak cały czas w kontakcie i, ostatecznie, w zeszłym roku - jak wiesz, ponieważ tam byłaś - Marco znów wziął gitarę i razem znaleźliśmy odwagę by przygotować wielki koncert poświęcony Carlo, 16 grudnia zeszłego roku.

Jesteś założycielem i przewodniczącym Stowarzyszenia Kulturalnego Lorien. Jak powstało to stowarzyszenie i czym się zajmuje? Dlaczego wybraliście właśnie tę nazwę?
W latach 90., wraz z pojawieniem się technologii cyfrowej, powstał problem ratowania i konserwowania wielu wydawnictw muzycznych, zanim kasety albo dyski się zniszczą. Tak rodzi się projekt Archiwum Historycznego: nie tylko zbieranie i katalogowanie, ale także zapisywanie w formacie cyfrowym czy nawet restaurowanie utworów muzycznych, nagrań koncertów, wydawnictw z tych pierwszych dwudziestu lat. Wspomógł nas w tym wspaniały człowiek, Marzio Tremiglia, który był wtedy asesorem do spraw kultury regionu Lombardia. Od tamtej pory wciąż zbieramy muzyczne produkcje z naszego obszaru… Teraz, od dwóch lat, strona internetowa nie jest uaktualniana, ale mogę już powiedzieć, że w tym roku powstanie Nowe Lorien, i wszystko znowu ruszy w oparciu o nową bazę technologiczną. Dlaczego “Lorien”? Wszyscy jesteśmy bardzo przywiązani do tolkienowskiego świata, a wśród wielu nazw Lorien jest także „Lindorinand” - „dolina pieśniarzy”.

W grudniu odbył się wielki koncert poświęcony Carlo Venturino i Amici del Vento. Jakie miał on znaczenie dla Ciebie osobiście i dla całego środowiska włoskiej prawicy?
Dla Marco i dla mnie, oczywiście, to był obowiązek dania świadectwa i chęć zmiany osobistego wspomnienia w pamięć zbiorową. Piosenki Amici del Vento są przecież dziedzictwem wszystkich zespołów prawicowej muzyki alternatywnej (nie tylko włoskiej) i przez trzydzieści lat cały czas były śpiewne. Jak na pewno zauważyłaś słuchając publiczności, znają je wszyscy: i sześćdziesięciolatkowie i piętnastolatkowie. Zaproszenie na scenę 13 innych zespołów było wyrazem uznania dla całego muzycznego ruchu, którego wymiary są mało znane nawet w naszym własnym środowisku. To wszystko razem było przekazaniem świadectwa. Jak możesz sobie wyobrazić, jest wysoce nieprawdopodobne, żebyśmy my za 10 lat mogli myśleć o organizacji kolejnego koncertu. Mamy nadzieję, że ten obowiązek będzie teraz przejęty przez tych, którzy występowali 16 grudnia i że oni będą nieść dalej tę tradycję.

Zajmujesz się także jakimiś inicjatywami nie-muzycznymi?
Jeśli chodzi o działalność, śledzę wiele inicjatyw… w granicach moich możliwości. Wraz ze stowarzyszeniem, które nazywa się Memento dbamy o Kwaterę 10 (najważniejszy cmentarz poległych Republiki Socjalnej) i o inne miejsca pamięci. Czasem także jeszcze jestem proszony o prowadzenie konferencji, a książka, którą napisałem o Sergio Ramellim, męczenniku lat siedemdziesiątych, nadal jest rozpowszechniona i wzbudza dyskusje.

Możesz krótko opisać obecną sytuację włoskiej prawicy?
Prawica “po-MSI” (postfaszystowska) politycznie nie istnieje, jest podzielona na małe partie które nie dadzą rady zdobyć żadnej reprezentacji w parlamencie. Ogólnie więc polityczny obszar “prawicy” jest zajęty częściowo przez Ligę Północną, a częściowo przez to, co zostało z partii Berlusconiego. Natomiast na poziomie lokalnym istnieją dziesiątki wspaniałych stowarzyszeń, dzisiaj bardzo aktywnych także na polu społecznym, które mogłyby być materiałem, z którego można by stworzyć coś nowego… Brakuje jednak jakiegoś jednoczącego motywu (jednego lidera albo silnej potrzeby emocjonalnej), tak więc, jesteśmy wszyscy podobni w wyznawanych ideach, ale podzieleni w działaniu.

Masz wielkie doświadczenie jako aktywista. Czy masz jakieś przesłanie albo jakieś rady dla młodych polskich działaczy, którzy będą czytać ten wywiad?
Słabo znam waszą rzeczywistość, a na pewno, z racji historii, tradycji i wewnętrznej sytuacji politycznej, jest inna od tej włoskiej. Jedyne więc, co mogę powiedzieć, to że pierwszym obowiązkiem każdej ideowej organizacji jest kształtowanie ludzi: ludzi nowych, ludzi prawdziwych. Przed działaniem politycznym, przed inicjatywami zewnętrznymi musi być formacja, która nie będzie tylko intelektualna - nie wystarczy czytać książki - lecz przede wszystkim etyczna. Nasze współczesne społeczeństwo tworzy ludzi zupełnie oderwanych od tradycji i odciętych od korzeni własnej cywilizacji. To my musimy odnaleźć tradycje i przywrócić im życie i emocje, uczynić je prawdziwymi i pięknymi. Nie można oczekiwać owoców, jeśli korzenie nie są chronione przed mrozem, jeśli nie są podlewane (także naszym potem i krwią męczenników), jeśli nie dba się o wzrost pnia (także obcinając suche i niepotrzebne gałęzie)... Tylko tak otrzyma się na wiosnę nowe kwiaty i nowe owoce!

Guido Giraudo na koncercie Concerto per Carlo
Tematyka: